-
Nie mogę, wiesz, że bym chciała, na prawdę, ale to się nie uda.
Harriet
próbuje wyciągnąć mnie na imprezę, na którą z resztą mam straszną ochotę, ale
już wiem, co powie na to mama. Zwykle nie było z tym problemów, bo mama
rozumie, że mam już 18 lat tralalala i potrzebuję trochę rozrywki, ale po
ostatniej imprezie zawaliłam ważny sprawdzian decydujący o końcowej ocenie, a
to mój ostatni rok szkoły. Nie mam pojęcia, czemu właściwie poszłam na imprezę
we wtorek, ale do rzeczy. Mama 'troszkę' się wkurzyła, więc raczej nie było
mowy o wyjściu, mimo że był piątek no i wakacje! Chyba lepiej nawet nie pytać.
- Tak wiem. - westchnięcie w
słuchawce - Poczekaj sekundkę - mówię do telefonu, który trochę nieudolnie
staram się przytrzymać zgniatając go między uchem a ramieniem. Strasznie
niewygodne, ale ręce zajmują mi reklamówki z zakupami. Jakimś cudem dwoma
palcami wkładam klucze do zamka i z trudem przekręcam dwa razy. Podejmuję próbę
otwarcia drzwi łokciem, niestety niezbyt udaną, bo z często powtarzającym się
skutkiem. To znaczy samo otwarcie drzwi się udaje ale…
-
Cholera, już któryś raz w tym miesiącu.
Harriet
słysząc trzask orientuje się że wypadł mi telefon i kwituje to głośnym
śmiechem, ale po chwili znowu zaczyna mówić o klubie. Jej na prawdę buzia się
nie zamyka, ale chyba to tak bardzo w niej lubię. Nie da się przy niej nudzić a
Harriet jak to Harriet zawsze palnie coś głupiego i przy okazji można się
pośmiać. Poza tym zachowuje do wszystkiego dystans i nie bierze niczego zbyt
serio więc jeśli ktoś śmieje się z jej gafy ona zamiast marzyć o zapadnięciu
się pod ziemię śmieje się jeszcze głośniej.
- I co z tego, że jestem
pełnoletnia? Póki mieszkam z mamą muszę przestrzegać tych pieprzonych zasad,
przecież wiesz - przytrzymuję drzwi stopą, by nie trzasnęły i rzucam reklamówki
na podłogę. Wreszcie udaje mi się odciążyć obolałą szyję biorąc telefon do
ręki.
-
Wytłumacz to mojej kochanej rodzicielce. Okej pogadam z nią ale na prawdę, nic
nie obiecuję, na twoim miejscu bym się tak nie nastawiała. Mhm, tak, zadzwonię
potem, pa.
Rozłączam
się, ściągam buty i zerkam w lustro wiszące na ścianie w korytarzu. Czy ja na
prawdę wyglądałam tak cały dzień? Wsuwam kapcie i szurając nimi o kafle a potem
parkiet w salonie, udaję się w stronę kuchni, mojego ulubionego miejsca w całym
domu. No może poza łóżkiem. Rzucam klucze na blat i podchodzę do źródła tych
niesamowitych zapachów, na których samą myśl, cieknie mi ślina. Serio, brzmi to
może nie za elegancko, ale tak jest. Czuje burczenie w brzuchu. Oho, mój
żołądek zaczyna sam się trawić. Nie wyjdzie ci kolego, oszczędź mi tych
odgłosów. Tak, najwyraźniej na tej lekcji biologii uważałam. A może
przeczytałam to gdzieś w internecie? Jak w transie podnoszę wszystkie pokrywki
garnków stojących na kuchence, a wierzcie mi jest ich naprawdę dużo. Mama jest
nadopiekuńcza, gotuje pięć milionów obiadów dziennie, żebym ‘mogła wybrać ten
który najbardziej będzie mi odpowiadać’. Wiem, bez sensu, jakby nie mogła po
prostu zapytać rano na co mam ochotę. Zresztą doskonale wie, że nie wybrzydzam
więc nawet to na dobrą sprawę nie byłoby konieczne. Obracam się w stronę szafki
z talerzami. Na lodówce widzę przyczepioną magnesem o niezidentyfikowanym
kształcie, żółtą karteczkę.
Musiałam
wyjechać na konferencję,
wrócę
jutro. Zostawiłam Ci na biurku
trochę
pieniędzy, i proszę Mollie,
nie
roznieś domu. Całuję,
mama.
Konferencja,
standard. Mama pracowała w jakiejś pożal się Boże korporacji, często musiała
wyjeżdżać. Nie powiem żeby mi to przeszkadzało, zawsze dobrze odpocząć od jej
matczynej nadwrażliwości. Najwyraźniej, jednak uda mi się wyskoczyć na tą
imprezę. Szczerze, tego właśnie potrzebuję. Poza tym to miało być takie
uczczenie pierwszego dnia wakacji, dzisiaj zakończyły się nasze męki,
nareszcie. Nigdy więcej pana od historii. Ten hipochondryk doprowadzał mnie do
szału. Podejrzewam, że nie tylko mnie. Nalewam soku do szklanki i kładę ją na
stole wyciągając z kieszeni telefon. Wybieram numer Harriet. Zajęte. Kolejna
próba, włączam głośnik. Nigdy nie odbiera po pierwszym razie, to irytujące.
Kiedyś mi to tłumaczyła, ale ja nigdy nie słucham. Nabijam jednego pieroga na
widelec i wkładam go do buzi. Chyba w złym momencie.
- Halo?
-
Hey, młohe ysc - wybełkotałam.
-
Czy to nigdy nie nauczysz się, że jak już
klikasz tą pieprzoną zieloną słuchawkę to nie wkładasz nic do buzi? - powiedziała
z irytacją. Zawsze tak robię, mogłaby się już przyzwyczaić.
-
Sorry, jestem głodna no. Mama pojechała na jakąś konferencje, a czego oczy nie
widzą to serca nie zaboli czy jakoś tak to szło. Do rzeczy.. możemy iść na imprezę.
To znaczy ja mogę iść, moja mama nie musi udzielać ci pozwolenia i właściwie to
chodziło mi o to, że możemy iść, w sensie ja mogę iść z tobą bo.. – usłyszałam
westchnięcie Harriet i zrezygnowałam z kontynuowania swojej jakże ciekawej
wypowiedzi. - Mam po ciebie przyjść?
-
Nie żal. - czy mój monolog, jest wart
jedynie takiej odpowiedzi? Zdania, które właściwie nie jest nawet zdaniem tylko
jego równoważnikiem? Nie ogarniecie toku mojego rozumowania, human zmienia
ludzi.
Czasem
naprawdę nie wiem o co jej chodzi, chociaż to dosyć dziwne. Może jestem po
prostu tępa. Ale cóż… nasze rozmowy często tak wyglądają. Albo ja nie rozumiem
jej albo ona mnie, norma. Naprawdę da się przywyknąć, chociaż dla niektórych,
nie oszukujmy się, chodzi mi o normalnych ludzi, mogłoby to być uciążliwe. Ale
trzy lata znajomości robią swoje.
-
Co? – pytam, a w moich ustach ląduje kolejny kęs.
-
Nic. Z twojego przystanka łatwiej tam
dojechać. Musimy wyjść przed 19. Wyrobisz się, prawda? – wiecznie
planująca, ale i tak zawsze spóźniająca się Harriet.
-
Mhm. O hobachenja. - uwierzcie, trudno mówi się z pierogiem w buzi.
Fatyguję
się by kliknąć czerwoną słuchawkę i podnoszę talerz z zamiarem udania się do
pokoju. Po drodze zastanawiam się jeszcze nad powrotem do kuchni po sok, ale
nie. Jestem na to zbyt leniwa. Sok nie jest tego wart, gdyby to była czekolada,
jasne włożyłabym moje specjalne buty ze skrzydłami z odpustu, ale sok? Nie.
Czekam
na Harriet na drewnianych schodkach przed domem, niecierpliwiąc się okropnie i
strzelam palcami, sprawdzając co chwilę, która godzina. 18:48. Wreszcie się
pojawia. Mam ochotę zganić ją za spóźnienie, ale to i tak nic nie da, a zaraz
zacznie się dyskusja na temat moich spóźnień i wywlekanie wszystkich wad. Wolę
się w to nie wplątywać. Jest ich dużo, stanowczo za dużo. Zabrakłoby mi
argumentów. Już chcę zarządzić teleportację na przystanek autobusowy kiedy
słyszę dzwonek telefonu stacjonarnego.
- Cholera, akurat teraz? – wyciągam
klucze z breloczkiem pandą, który kiedyś, dawno temu uszyła dla mnie Harriet.
Kątem oka dostrzegam jej uśmiech, na widok sfatygowanego misia, którego jednak
nie potrafię się od tak pozbyć. Robi mi się jakoś dziwnie ciepło od środka.
Mollie, chyba zaczynasz się robić zbyt uczuciowa i sentymentalna.
Otwieram
drzwi i biegiem udaje się do salonu by odebrać bojąc się, że może to być mama,
a przecież siedzę teraz w piżamie i oglądam ‘Śniadanie u Tiffany’ego’ zajadając
się popcornem i ciastkami czekoladowymi, które upiekła chcąc umilić mi piątkowy
wieczór przed telewizorem. Przemiła kobieta.
-
Halo?
-
Cześć... zastałem Mollie? – słyszę w
słuchawce ciepły ale zestresowany głos. O ile głos można nazwać zestresowanym.
Chyba raczej jego posiadacza. Powinnam czytać więcej książek. Chociaż nie,
czytam ich 5 razy więcej niż moi rówieśnicy. Problem musi tkwić gdzieś głębiej,
może po prostu mój poziom inteligencji nie jest zbyt wysoki i.. - Halo? – moje myśli zakłóca głos
zestresowanego rozmówcy. Nie, to wcale nie brzmi lepiej.
-
Umm cześć, tak to ja, o co chodzi? - czekam na odpowiedź już kalkulując w
głowie prędkość z jaką będziemy musiały biec, by zdążyć. To niewykonalne.
Chyba, że weźmiemy hulajnogę z turbo-napędem.
Sygnał.
Rozłączył się. Dzwoni, zmuszając mnie do wdarcia się z powrotem do domu,
fundując mi przy okazji rozmyślania nad swoją rzekomą tępotą i sprint na
przystanek a potem rozłącza się po 40 sekundach? Świetnie, pozdrawiam. Byle jak
kładę telefon na stole i wybiegam z domu zamykając go w tempie ekspresowym.
Wow, nie wiedziałam, ze tak potrafię, przy okazji odkryłam swoje możliwości.
Wpadamy
do autobusu całe zdyszane, jak zwykle. Tacy z nas trochę Flip i Flap. Wszędzie
się spóźniamy, albo zdążamy ledwo na ostatnią chwilę, mimo planowania co do minuty.
Czy Harriet nie może po tych paru latach praktyki, po prostu doliczyć 15 minut
na swoje grzebalstwo? Nie chce się do tego przyznać, próbuję wyprzeć to ze
swojej świadomości. Tak, tak, świetna sztuczka Harriet, ale możesz schować dumę
do kieszeni, bo to do jasnej cholery męczące. Dosłownie męczące, bo wszędzie
musimy biec. Za pięć dwunasta jak to mówi mama Harriet, która zawsze pogania ją
podczas gdy ja stoję w korytarzu i co minutę odmawiam spróbowania domowych
specjałów, którymi próbuje karmić mnie Elizabeth, podsuwając mi łyżki, talerze
i Bóg jeden wie co jeszcze pod nos.
Kupujemy
bilety u Earl'a. Staruszek dobrze nas zna, zawsze o tej porze w piątki ma
zmiany, a my często gdzieś wychodzimy. Uśmiecha się do nas ciepło, na kilometr
bije od niego optymizm. I korzenne ciasteczka. O tak, jest amatorem korzennych
ciasteczek. Nie przeszkadza mi to, skądże znowu. Mógł wybrać sobie coś gorszego
jak na przykład kanapki z pleśniowym serem albo salcesonem. W tej chwili mogę
powiedzieć, że jestem mu na prawdę wdzięczna, że to jednak pierniczki znalazły
miejsce w jego sercu.
- Jak zawsze - komentuje nasze
płytkie oddechy śmiechem.
Zajmujemy
miejsce w pustym autobusie. Czuję wibracje w kieszeni jeansowych spodenek.
Wyciągam telefon, swoją drogą nieźle już poturbowany, i odczytuję wiadomość.
Jak
mija wieczór? H.
Uśmiecham
się pod nosem. Lubię te wiadomości, są swego rodzaju urocze. Chociaż zawsze
wydawało mi się dosyć dziwne. Chodzi o ten moment gdy dostajesz wiadomość w
stylu: co tam? a w twojej głowie
rodzi się pytanie: co do cholery? Ale
te wiadomości od Harrego są inne. Jakby przepełnione troskliwością. I to jest
naprawdę miłe, gdy tak sobie siedzisz wieczorem z książką, kubkiem gorącej
herbaty, albo gdy wręcz przeciwnie, twój dzień jest do bani i nagle pojawia się
taka iskierka, kiedy ktoś, ale nie taki byle kto, po prostu, najzwyczajniej w świecie pyta jak ci się żyje.
to jest 'czego oczy nie widzą tego sercu nie żal' ćwoku :) ale pomińmy to, ważne że dodałaś w końcu rozdział a ja jestem pierwszą osobą która zostawia tutaj komentarz. zastanawia mnie tylko czemu Harry skoro miał być Louis? no nic, czekam na dalsze rozdziały Xx
OdpowiedzUsuńćwoku, doskonale o tym wiem xd harriet ją poprawiła, czy nie doczytałaś? :D
Usuń