10 listopada 2012

Iskierka


- Nie mogę, wiesz, że bym chciała, na prawdę, ale to się nie uda. 

Harriet próbuje wyciągnąć mnie na imprezę, na którą z resztą mam straszną ochotę, ale już wiem, co powie na to mama. Zwykle nie było z tym problemów, bo mama rozumie, że mam już 18 lat tralalala i potrzebuję trochę rozrywki, ale po ostatniej imprezie zawaliłam ważny sprawdzian decydujący o końcowej ocenie, a to mój ostatni rok szkoły. Nie mam pojęcia, czemu właściwie poszłam na imprezę we wtorek, ale do rzeczy. Mama 'troszkę' się wkurzyła, więc raczej nie było mowy o wyjściu, mimo że był piątek no i wakacje! Chyba lepiej nawet nie pytać.

            - Tak wiem. - westchnięcie w słuchawce - Poczekaj sekundkę - mówię do telefonu, który trochę nieudolnie staram się przytrzymać zgniatając go między uchem a ramieniem. Strasznie niewygodne, ale ręce zajmują mi reklamówki z zakupami. Jakimś cudem dwoma palcami wkładam klucze do zamka i z trudem przekręcam dwa razy. Podejmuję próbę otwarcia drzwi łokciem, niestety niezbyt udaną, bo z często powtarzającym się skutkiem. To znaczy samo otwarcie drzwi się udaje ale…

 - Cholera, już któryś raz w tym miesiącu.

Harriet słysząc trzask orientuje się że wypadł mi telefon i kwituje to głośnym śmiechem, ale po chwili znowu zaczyna mówić o klubie. Jej na prawdę buzia się nie zamyka, ale chyba to tak bardzo w niej lubię. Nie da się przy niej nudzić a Harriet jak to Harriet zawsze palnie coś głupiego i przy okazji można się pośmiać. Poza tym zachowuje do wszystkiego dystans i nie bierze niczego zbyt serio więc jeśli ktoś śmieje się z jej gafy ona zamiast marzyć o zapadnięciu się pod ziemię śmieje się jeszcze głośniej.

            - I co z tego, że jestem pełnoletnia? Póki mieszkam z mamą muszę przestrzegać tych pieprzonych zasad, przecież wiesz - przytrzymuję drzwi stopą, by nie trzasnęły i rzucam reklamówki na podłogę. Wreszcie udaje mi się odciążyć obolałą szyję biorąc telefon do ręki.

 - Wytłumacz to mojej kochanej rodzicielce. Okej pogadam z nią ale na prawdę, nic nie obiecuję, na twoim miejscu bym się tak nie nastawiała. Mhm, tak, zadzwonię potem, pa.

Rozłączam się, ściągam buty i zerkam w lustro wiszące na ścianie w korytarzu. Czy ja na prawdę wyglądałam tak cały dzień? Wsuwam kapcie i szurając nimi o kafle a potem parkiet w salonie, udaję się w stronę kuchni, mojego ulubionego miejsca w całym domu. No może poza łóżkiem. Rzucam klucze na blat i podchodzę do źródła tych niesamowitych zapachów, na których samą myśl, cieknie mi ślina. Serio, brzmi to może nie za elegancko, ale tak jest. Czuje burczenie w brzuchu. Oho, mój żołądek zaczyna sam się trawić. Nie wyjdzie ci kolego, oszczędź mi tych odgłosów. Tak, najwyraźniej na tej lekcji biologii uważałam. A może przeczytałam to gdzieś w internecie? Jak w transie podnoszę wszystkie pokrywki garnków stojących na kuchence, a wierzcie mi jest ich naprawdę dużo. Mama jest nadopiekuńcza, gotuje pięć milionów obiadów dziennie, żebym ‘mogła wybrać ten który najbardziej będzie mi odpowiadać’. Wiem, bez sensu, jakby nie mogła po prostu zapytać rano na co mam ochotę. Zresztą doskonale wie, że nie wybrzydzam więc nawet to na dobrą sprawę nie byłoby konieczne. Obracam się w stronę szafki z talerzami. Na lodówce widzę przyczepioną magnesem o niezidentyfikowanym kształcie, żółtą karteczkę.

Musiałam wyjechać na konferencję,
wrócę jutro. Zostawiłam Ci na biurku
trochę pieniędzy, i proszę Mollie,
nie roznieś domu. Całuję, mama.

Konferencja, standard. Mama pracowała w jakiejś pożal się Boże korporacji, często musiała wyjeżdżać. Nie powiem żeby mi to przeszkadzało, zawsze dobrze odpocząć od jej matczynej nadwrażliwości. Najwyraźniej, jednak uda mi się wyskoczyć na tą imprezę. Szczerze, tego właśnie potrzebuję. Poza tym to miało być takie uczczenie pierwszego dnia wakacji, dzisiaj zakończyły się nasze męki, nareszcie. Nigdy więcej pana od historii. Ten hipochondryk doprowadzał mnie do szału. Podejrzewam, że nie tylko mnie. Nalewam soku do szklanki i kładę ją na stole wyciągając z kieszeni telefon. Wybieram numer Harriet. Zajęte. Kolejna próba, włączam głośnik. Nigdy nie odbiera po pierwszym razie, to irytujące. Kiedyś mi to tłumaczyła, ale ja nigdy nie słucham. Nabijam jednego pieroga na widelec i wkładam go do buzi. Chyba w złym momencie.

            - Halo?

- Hey, młohe ysc - wybełkotałam.

- Czy to nigdy nie nauczysz się, że jak już klikasz tą pieprzoną zieloną słuchawkę to nie wkładasz nic do buzi? - powiedziała z irytacją. Zawsze tak robię, mogłaby się już przyzwyczaić.

- Sorry, jestem głodna no. Mama pojechała na jakąś konferencje, a czego oczy nie widzą to serca nie zaboli czy jakoś tak to szło. Do rzeczy.. możemy iść na imprezę. To znaczy ja mogę iść, moja mama nie musi udzielać ci pozwolenia i właściwie to chodziło mi o to, że możemy iść, w sensie ja mogę iść z tobą bo.. – usłyszałam westchnięcie Harriet i zrezygnowałam z kontynuowania swojej jakże ciekawej wypowiedzi. - Mam po ciebie przyjść?

- Nie żal. - czy mój monolog, jest wart jedynie takiej odpowiedzi? Zdania, które właściwie nie jest nawet zdaniem tylko jego równoważnikiem? Nie ogarniecie toku mojego rozumowania, human zmienia ludzi. 
Czasem naprawdę nie wiem o co jej chodzi, chociaż to dosyć dziwne. Może jestem po prostu tępa. Ale cóż… nasze rozmowy często tak wyglądają. Albo ja nie rozumiem jej albo ona mnie, norma. Naprawdę da się przywyknąć, chociaż dla niektórych, nie oszukujmy się, chodzi mi o normalnych ludzi, mogłoby to być uciążliwe. Ale trzy lata znajomości robią swoje.

- Co? – pytam, a w moich ustach ląduje kolejny kęs.

- Nic. Z twojego przystanka łatwiej tam dojechać. Musimy wyjść przed 19. Wyrobisz się, prawda? – wiecznie planująca, ale i tak zawsze spóźniająca się Harriet.

- Mhm. O hobachenja. - uwierzcie, trudno mówi się z pierogiem w buzi.

Fatyguję się by kliknąć czerwoną słuchawkę i podnoszę talerz z zamiarem udania się do pokoju. Po drodze zastanawiam się jeszcze nad powrotem do kuchni po sok, ale nie. Jestem na to zbyt leniwa. Sok nie jest tego wart, gdyby to była czekolada, jasne włożyłabym moje specjalne buty ze skrzydłami z odpustu, ale sok? Nie.

Czekam na Harriet na drewnianych schodkach przed domem, niecierpliwiąc się okropnie i strzelam palcami, sprawdzając co chwilę, która godzina. 18:48. Wreszcie się pojawia. Mam ochotę zganić ją za spóźnienie, ale to i tak nic nie da, a zaraz zacznie się dyskusja na temat moich spóźnień i wywlekanie wszystkich wad. Wolę się w to nie wplątywać. Jest ich dużo, stanowczo za dużo. Zabrakłoby mi argumentów. Już chcę zarządzić teleportację na przystanek autobusowy kiedy słyszę dzwonek telefonu stacjonarnego.

            - Cholera, akurat teraz? – wyciągam klucze z breloczkiem pandą, który kiedyś, dawno temu uszyła dla mnie Harriet. Kątem oka dostrzegam jej uśmiech, na widok sfatygowanego misia, którego jednak nie potrafię się od tak pozbyć. Robi mi się jakoś dziwnie ciepło od środka. Mollie, chyba zaczynasz się robić zbyt uczuciowa i sentymentalna.

Otwieram drzwi i biegiem udaje się do salonu by odebrać bojąc się, że może to być mama, a przecież siedzę teraz w piżamie i oglądam ‘Śniadanie u Tiffany’ego’ zajadając się popcornem i ciastkami czekoladowymi, które upiekła chcąc umilić mi piątkowy wieczór przed telewizorem. Przemiła kobieta. 

- Halo?

- Cześć... zastałem Mollie? – słyszę w słuchawce ciepły ale zestresowany głos. O ile głos można nazwać zestresowanym. Chyba raczej jego posiadacza. Powinnam czytać więcej książek. Chociaż nie, czytam ich 5 razy więcej niż moi rówieśnicy. Problem musi tkwić gdzieś głębiej, może po prostu mój poziom inteligencji nie jest zbyt wysoki i.. - Halo? – moje myśli zakłóca głos zestresowanego rozmówcy. Nie, to wcale nie brzmi lepiej.

- Umm cześć, tak to ja, o co chodzi? - czekam na odpowiedź już kalkulując w głowie prędkość z jaką będziemy musiały biec, by zdążyć. To niewykonalne. Chyba, że weźmiemy hulajnogę z turbo-napędem. 

Sygnał. Rozłączył się. Dzwoni, zmuszając mnie do wdarcia się z powrotem do domu, fundując mi przy okazji rozmyślania nad swoją rzekomą tępotą i sprint na przystanek a potem rozłącza się po 40 sekundach? Świetnie, pozdrawiam. Byle jak kładę telefon na stole i wybiegam z domu zamykając go w tempie ekspresowym. Wow, nie wiedziałam, ze tak potrafię, przy okazji odkryłam swoje możliwości.

Wpadamy do autobusu całe zdyszane, jak zwykle. Tacy z nas trochę Flip i Flap. Wszędzie się spóźniamy, albo zdążamy ledwo na ostatnią chwilę, mimo planowania co do minuty. Czy Harriet nie może po tych paru latach praktyki, po prostu doliczyć 15 minut na swoje grzebalstwo? Nie chce się do tego przyznać, próbuję wyprzeć to ze swojej świadomości. Tak, tak, świetna sztuczka Harriet, ale możesz schować dumę do kieszeni, bo to do jasnej cholery męczące. Dosłownie męczące, bo wszędzie musimy biec. Za pięć dwunasta jak to mówi mama Harriet, która zawsze pogania ją podczas gdy ja stoję w korytarzu i co minutę odmawiam spróbowania domowych specjałów, którymi próbuje karmić mnie Elizabeth, podsuwając mi łyżki, talerze i Bóg jeden wie co jeszcze pod nos.
Kupujemy bilety u Earl'a. Staruszek dobrze nas zna, zawsze o tej porze w piątki ma zmiany, a my często gdzieś wychodzimy. Uśmiecha się do nas ciepło, na kilometr bije od niego optymizm. I korzenne ciasteczka. O tak, jest amatorem korzennych ciasteczek. Nie przeszkadza mi to, skądże znowu. Mógł wybrać sobie coś gorszego jak na przykład kanapki z pleśniowym serem albo salcesonem. W tej chwili mogę powiedzieć, że jestem mu na prawdę wdzięczna, że to jednak pierniczki znalazły miejsce w jego sercu. 

            - Jak zawsze - komentuje nasze płytkie oddechy śmiechem.

Zajmujemy miejsce w pustym autobusie. Czuję wibracje w kieszeni jeansowych spodenek. Wyciągam telefon, swoją drogą nieźle już poturbowany, i odczytuję wiadomość.

Jak mija wieczór? H.

Uśmiecham się pod nosem. Lubię te wiadomości, są swego rodzaju urocze. Chociaż zawsze wydawało mi się dosyć dziwne. Chodzi o ten moment gdy dostajesz wiadomość w stylu: co tam? a w twojej głowie rodzi się pytanie: co do cholery? Ale te wiadomości od Harrego są inne. Jakby przepełnione troskliwością. I to jest naprawdę miłe, gdy tak sobie siedzisz wieczorem z książką, kubkiem gorącej herbaty, albo gdy wręcz przeciwnie, twój dzień jest do bani i nagle pojawia się taka iskierka, kiedy ktoś, ale nie taki byle kto, po prostu, najzwyczajniej w świecie pyta jak ci się żyje.  



2 komentarze:

  1. to jest 'czego oczy nie widzą tego sercu nie żal' ćwoku :) ale pomińmy to, ważne że dodałaś w końcu rozdział a ja jestem pierwszą osobą która zostawia tutaj komentarz. zastanawia mnie tylko czemu Harry skoro miał być Louis? no nic, czekam na dalsze rozdziały Xx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ćwoku, doskonale o tym wiem xd harriet ją poprawiła, czy nie doczytałaś? :D

      Usuń